- Waszmości ciekawi co się tu działo? Stary Olsza wie, a jakże. - Kaptur nieznajomego mógł skryć twarz, ale koloru skóry już nie. Olszy na myśl przyszło tylko jedno słowo. Maur. - Za małego denara i pajdkę chleba opowim co wym. Nuż ci, siądzcie. Zaiste ciekawa historia, bo prawdziwa. Najpierw był gnuśny kniaź. Potem przyszedł mór. Zakonni mówili, że to kara od Boga za grzechy. A tych w dolinie przeca wiele. Było źle. Myślelim, że gorzej nie będzie. Aż tu pewnej nocy pojawia się ten bladolicy. Brencis. Wrakir. Krwiopijca. Zajął miejsce starego kniazia. Zmienił się władca, strach pozostał. Zaraza jednak znikła jak ręką odjął, ale cena też była. Krwi żądali. Krwią poili. Zdrowim byli dzięki temu, ale biada tym, których krew wampierzowi nie podlazła. Była taka wieś. Laslei. Ano była…
Już po raz kolejny polskie studio udowadnia, że gry typu RPG silnie „kwitną” nad Wisłą. Oczekiwania były naprawdę spore, zwłaszcza że za
The Blood of Dawnwalker odpowiada część pracowników, jaka opuściła
CD Project Red, a którzy to mieli szansę pracować nad samym
Wiedźminem 3, czyli pozycją, która wyznaczyła standardy swojego gatunku na wiele lat. Tym bardziej, że sami twórcy nowego IP jeszcze przed premierą mocno podsycali nastoje. Niestety chyba nawet za mocno.
W grze wcielimy się w Coena, młodego chłopaka, który próbuje się odnaleźć w brutalnych realiach XIV-wiecznej fikcyjnej Doliny Sandorskiej, która znajduje się gdzieś pośród Karpat. Władza człowieka upadła, a obszarem włada potężny wrakir, Brencis. Nowy władca od swoich poddanych za pewne znaczące profity żąda tylko okresowego oddawania krwi. Wraz ze swoją świtą ma właśnie przybyć do wsi, gdzie żyje rodzina Coena. Trójka rodzeństwa, surowy ojciec, chora matka. Perspektywy bohatera są dosyć nieciekawe, zwłaszcza że z obawy o los mamy wraz z ojcem postanawia dołączyć do ruchu oporu, czym przypieczętowuje swój los.
Szkopuł w tym, że sprawy przybierają najgorszy możliwy obrót. Coen zostaje przemieniony w tutejszy odpowiednik wampira, ale w starciu z krwiolubnym kniaziem szybko kończy przybity do drzewa, pozostawiony na pastę promieni słońca. Jego cała rodzina zaś zostaje porwana. Chłopak jednak przeżywa, co samo w sobie jest niezwykłe. Jak się okazuje stał się Wędrowcem. W dzień jest człowiekiem, w nocy do głosu dochodzi jego nowa krwiożercza natura i zupełnie nowy zestaw możliwości. Jednak nie to okazuje się największym problemem. Za trzydzieści dni kniaź straci jego bliskich. Coen rusza na szlak. Aby odnaleźć sprzymierzeńców i być może przede wszystkim – by zrozumieć kim się stał.
Historia jest jednym z najjaśniejszych punktów omawianej produkcji. Mamy do czynienia z prawdziwym dark fantasy, gdzie tryska krew, latają kończyny, a wyssane zwłoki są ponurą codziennością. W tym punkcie do razu zaznaczę, że parę razy za dużo będę odnosił się w tej recenzji do wspomnianego
Wiedźmina 3. Wiem, z jednej strony to niezbyt fair porównywać debiutanta z absolutnym sztosem, z drugiej zaś gra sama jest sobie winna. Bo w szkielecie swojej rozgrywki opiera się aż za mocna na tytule sprzed 11 lat. Widać to po prowadzonej narracji, formie dialogów czy questów. Ba, jest tu nawet tryb „detektywistyczny”, w zasadzie identyczny jak w hicie sprzed dekady.
Główne questy są tutaj porządnie wykonane, choć nie jest ich też aż tak dużo, jakby można byłoby oczekiwać. Sytuację poprawiają całkiem nieźle zarysowane wątki poboczne, chociaż żadna historia nie ma w sobie tak dużego ładunku emocjonalnego, jakby wątek Czerwonego Barona w
Wiedźminie 3. Zwłaszcza, że grę da się spokojnie ukończyć w około dwadzieścia godzin. Coen został tu dobrze zdubbingowany przez Jędrzeja Hycnara, choć miejscami okazjonalnie zdarzały się jakieś gafy z tonem wypowiedzi, gdzie obok emocjonalnych tekstów następuje wiązka zdań wyprana z emocji. Coen w dłużej perspektywie zdaje się też średnio rozpisany. Już nie wspomnę ile to razy mówił, że się boi, jest niepewny, itp., a za miedzą rozwalił kolejny obóz wroga, albo „osuszył” przypadkową postać podczas rozmowy.
Do reszty aktorów nie mam zastrzeżeń. Jackowi Mikołajczakowi w roli wiodącego antagonisty wreszcie się chciało grać (tak, na ciebie patrzę
Gothic Remake), Katarzyna Ucherska jako Lacra ma w sobie niewysłowioną dzikość, a Stanisław Biczysko jako Volk ma chyba najbardziej tragiczną historię w całej grze. Bojarzy też brzmią świetnie. W ogóle audio jest tutaj na wysokim poziomie, wraz z głównym samplem przewijającym się przy tytule, choć trzeba przyznać, że nie jest to poziom
„Wieśka”. Żadna nuta nie została tu ze mną na dłużej.
The Blood of Dawnwalker - recenzja
|
|
|
|
|
| | 1 | 2 | 3 | następna >>
|