Mesoké to krótka historia o podróży wewnątrz siebie.
Na przestrzeni ostatnich lat mieliśmy swoisty pokaz tego, że gry nie muszą służyć tylko prostej, ogłupiającej rozrywce, ale mogą coś sobą reprezentować. Nierzadko przy okazji lekko ocierając się o miano cyfrowego dzieła sztuki. Mieliśmy zjawiskowe
Journey, malownicze
Abzû (choć fabularnie płytkie) czy stylowe
Gris. Czy nowa gra mało doświadczonego studia
Mystik'art. jest w stanie stanąć w szranki z najlepszymi?
Tytułową Mesoké poznajemy w momencie, gdy kobieta poddaje się medytacji. Pierwsze ujęcia pokazują nam, że jest malarką i to utalentowaną. Zaraz potem lądujemy w jej umyśle, który przyjdzie nam zwiedzać dwojako.
Część przygody spędzimy szybując na lotni, wędrując po małych, w miarę różnorodnych biomach. Raz będzie to lodowa dolinka, raz kotlina poprzecinana wstążkami lawy, innym razem zagłębimy się w głęboką jaskinię czy przelecimy wokół porozbijanych fragmentów mapy, lewitujących w powietrzu niczym głazy w
„Avatarze”. Miejscami etapy urozmaicono jakimiś budowlami. Różnorodność poziomów z pewnością należy taktować jako plus.
Podczas takich przelotów zbieramy kryształy, które tu symbolizują chi - duchową energię, jaką wykorzystujemy do odblokowania postępów w grze. W samych biomach znajdują się też różne typy portali. Są to czerwone okręgi, obrazy wtłoczone w obramowanie przypominające jakiś grecki styl budowlany czy jaśniejące na niebiesko, pulsujące wiry. Dwa pierwsze przerzucają nas między krainami, zaś ten ostatni prowadzi gracza do wewnętrznego sanktuarium Mesoké.
Tutaj postać zmienia formę na zbitą kulę chi i wędruje już po stałym podłożu. Wstępnie naszym zadaniem będzie dostarczać energię po pewien posąg (tylko tu można „zrzucić” chi), ale szybko wyjdzie na jaw, iż duchowa esencja odblokowuje tylko portale czy dalszą ścieżkę dla eksploracji zacisza (postęp symbolizuje niebieska linia na podłożu). Na środku sanktuarium znajduje się centralna sala, która wyjawia nasz wiodący cel.
Mesoké - recenzja
|
|
|
|
|
| | 1 | 2 | następna >>
|