Wychowany przez Marsjan na Marsie Valentine Michael Smith jest człowiekiem, który nigdy nie widział innego przedstawiciela swojego gatunku. Wysłany na Ziemię, staje się na niej obcym, który musi się dopiero nauczyć, co to znaczy być człowiekiem. Kłopot w tym, że jego przekonania i możliwości dalece wykraczają poza ograniczenia typowe dla rodzaju ludzkiego. Kiedy więc naucza o grokowaniu i dzieleniu się wodą, przy okazji staje się zaczynem przemiany, która na zawsze odmieni Ziemian…
Niedawno dowiedziałem się, że w amerykańskim krajobrazie religijnym funkcjonuje – jako byt zdecydowanie niszowy i egzotyczny, niemniej jednak – wyznanie odwołujące się do konceptu
Roberta Heinleina z jego książki
„Obcy w obcym kraju”. Cóż, to mogło wydarzyć się nie tylko w Ameryce, ale niewątpliwie tamtejsza, hm, atmosfera współgra z tego rodzaju nawróceniami. Czy warto jednak pamiętać o rzeczonej książce jedynie z tego powodu?
Rozpoczyna się ona hitchcockowskim trzęsieniem ziemi, nieco przywodzącym na myśl duch
Lema, z delikatną sugestią niemożności osiągnięcia porozumienia międzygatunkowego. Następnie mamy do czynienia z typową komedią pomyłek, co ukierunkowuje czytelnika ku określonym oczekiwaniom… po czym autor dokonuje kolejnej fabularnej wolty.
Heinlein bawi się konwencjami, w jego książce jednak czytelnik nie odnajdzie zbyt wiele akcji. Gros jej treści stanowią dialogi, a wręcz monologi jednej z głównych postaci, same w sobie dość interesujące, choć niekoniecznie atrakcyjne dla „typowego” czytelnika fantastyki. Gdy zaś już nastąpi fabularne przyspieszenie, to autor bez skrępowania sięga po rozwiązania w rodzaju „boskiej maszyny”, nie kamuflując jednak ich charakteru, lecz czyniąc z nich punkt wyjścia dla dalszej opowieści.
Z pewnością niejeden czytelnik podczas lektury może zastanowić się, czy aby jego uczucia religijne nie ulegają właśnie szyderstwu, z czym współgra polityka polskiego wydawcy znajdująca odzwierciedlenie w dość przecież obrazoburczej okładce (zresztą nieco korespondującej z prozą
Heinleina). Chyba jednak nie taki był zamysł autora, paradoksalnie w jego książce znajdziemy wiele wypowiedzi pod adresem chrześcijaństwa i islamu sugerujących szacunek (choć…), lecz znowu swoboda seksualna wyzierająca z owych stron może sprawiać tu wrażenie dużego dysonansu.
„Obcy w obcym kraju” to książka całkiem nietypowa jak na fantastykę, przynajmniej tę współczesną. W konsekwencji jest to kolejny dowód na sensowność sięgania po klasyków sprzed dekad – może już wiemy, że na Marsie nie istnieje żadna inteligentna cywilizacja (czy życie w ogóle), lecz kto wie, jednocześnie zachłyśnięci osiągnięciami nie zatraciliśmy zdolności wejrzenia choć w niektóre zakamarki własnych dusz.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|