Kapitan Woodrow Call – za młodu wspólnik Gusa McCrae i strażnik Teksasu – został łowcą nagród i właśnie zlecono mu wytropienie groźnego meksykańskiego bandyty. Towarzyszy mu w tej wyprawie pewien mieszczuch ze Wschodniego Wybrzeża, niezbyt rozgarnięty zastępca szeryfa i jeden z ostatnich członków ekipy Kapeluszników, niejaki Ślepki Parker, ożeniony z Loreną, dawną kochanką Gusa.
Podczas długiego i niebezpiecznego pościgu przemierzają ostatnie dzikie tereny Zachodu. Akcja na pewien czas przenosi się do bandyckiej ostoi zwanej Miastem Wron, a w finale bohaterowie odwiedzają rozlegle i okrutne równiny teksaskiego pogranicza.
W polskiej telewizji nietrudno natrafić na jakiś western, zwłaszcza jeśli dysponuje się nieco szerszą gamą programów. Zdecydowana większość z nich jednak prezentuje „heroiczną” wizję Dzikiego Zachodu, w której nawet jeśli Indianie nie są ewidentnie czarnymi bohaterami, to zawsze są czyści, najedzeni oraz pełni zdrowia. Tymczasem tzw. antywestern to również gatunek liczący sobie wiele dziesięcioleci, zaś jednym z jego najwybitniejszych książkowych przedstawicieli jest
„Na południe od Brazos”. Sukces tej książki w naturalny sposób musiał rodzić oczekiwania co do kontynuacji i
Larry McMurtry postanowił im sprostać. Z jakim efektem?
Autor bynajmniej nie zamierzał wkupywać się w czytelnicze łaski i podążać utartymi kliszami. Już na pierwszych stronach
„Ulic Laredo” wręcz depcze wiele oczekiwań czy wyobrażeń o dalszych losach głównych bohaterów pierwowzoru. Nieraz niewątpliwie będzie się to wiązało z bólem odbiorcy, lecz Amerykanin niemal od razu obwieszcza, że tzw. podbój Dzikiego Zachodu był takowym cierpieniem przepełniony.
McMurtry idzie tu jednak nawet dalej, gdyż podobnie jak jego kolega po fachu specjalizujący się w fantastyce (tak, mowa o
George’u R.R. Martinie) zdaje się wręcz czerpać sadystyczną przyjemność z czytelniczego bólu i sprawiania odbiorcy zawodu. Lecz choć na łamach jego kart niemało jest osób ewidentnie zaburzonych, to fakt, iż mało którą z nich można określić mianem „bohatera” wynika poniekąd z faktu, że autor chce w pewien sposób uczcić historię zwłaszcza tych osób, których ofiary zostały nawet nie zapomniane, co wręcz wygumkowane.
Choć autor dość swobodnie podchodzi do niektórych faktów z historii Dzikiego Zachodu czy nieco modyfikuje biografie niektórych postaci historycznych, to jednak jego opowieść jest ukierunkowana właśnie na autentyzm. Sądzę, iż ówczesnym Teksańczykom, Meksykanom czy ludom natywnym łatwiej byłoby odnaleźć siebie w jego prozie niźli większości dzieł spod znaku ostróg i rewolweru.
„Ulice Laredo” prezentują obraz daleki od pomnikowego, lecz również trudno je uznać za hołdujące zasadom politycznej poprawności czy wręcz afirmacji pewnych zjawisk o charakterze marginalnym. Nie będę odkrywczy stwierdzając, że jest to elegia, i to zdolna wywołać plejadę uczuć.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|