Dzieciństwo Maxa upłynęło pod znakiem hałaśliwych zabaw i wiecznego oczekiwania na powrót ojca pracującego jako pilot. Teraz Max Hansen podróżuje po Stanach Zjednoczonych i mierzy się z rozpadem rodziny.
Świat został skolonizowany przez Stany Zjednoczone Ameryki. Nawet bowiem jeśli nie mieszkamy w danym kraju – a statystycznie rzecz biorąc jest to niemal pewne – to i tak dzięki najróżniejszym produktom jankeskiej kultury nieraz wiemy więcej o tamtejszych realiach życia niż kraju położonym bezpośrednio za granicą naszego kraju ojczystego. A przynajmniej tak mogłoby się nam wydawać.
„Max, Mischa i ofensywa Tet” to książka traktująca w istocie o dwójce głównych bohaterów, choć niekoniecznie tych, na których by wskazywał tytuł. Owszem, czytelnik niemal od razu poznaje wspomnianego Maxa, który jest nastolatkiem „takim jak my”, jednakże nie będzie to opowieść o jego relacji z Kanadyjką o specyficznym imieniu i pochodzeniu, a przynajmniej nie jako postrzeganej jako wątek główny.
Pojawi się również motyw wojny wietnamskiej, lecz trudno przyjąć, by miał on pierwszoplanowy charakter, opowieść obracała się wokół niego niczym w
„Czasie apokalipsy” czy
„Łowcy jeleni” (analogie filmowe przytoczone nie bez przyczyny), już bliższe – acz bez komicznego sznytu – skojarzenie wiązałoby się z rolą tego wątku w
„Foreście Gumpie”. Miłośnicy batalistyki nie mają tu jednak czego szukać.
Ujmuje talent, z jakim autor snuje na ponad tysiącu stron potoczystą opowieść właściwie o niczym wielkim. Jest to historia tyleż o dorastaniu, co i Nowym Jorku jako takim. Trudno jednak którykolwiek z rzeczonych wątków potraktować jako oryginalny, niecodzienny czy porywający.
Największym atutem
„Maxa, Mischy i ofensywy Tet” jest klimat opowieści, pewne ciepło mu towarzyszące nawet w sytuacji, gdy autor porusza wątki rozpadu rodziny czy samobójstwa. Niemało jest tu jednak pewnych uproszczeń i idealizacji, a w tle gdzieś majaczy banał.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|