Ameryka Południowa jest chyba kontynentem najbardziej tajemniczym dla przeciętnego Europejczyka, a przynajmniej Polaka. Wywołuje ona jedynie pojedyncze skojarzenia, ogniskujące się ponadto wokół brazylijskich plaż czy argentyńskiego Buenos. Zarazem zyskuje na tym jej „egzotyczność”, a od tej już niedaleko do pewnej mitologizacji. Przejawem tego rodzaju fascynacji jest Amerzone.
Pamiętam dobrze czasy, gdy na półkach sklepowych można było odnaleźć pudełko z rzeczoną grą, a materiały promocyjne podkreślały jej związek – przez osobę głównego twórcy – z
Syberią. Długo sobie obiecywałem, że kiedyś w nią zagram, lecz systematycznie zarastała ona kolejnymi warstwami mojej kupki wstydu. Epoka wszechobecnych remasterów i remake’ów pozwoliła w końcu nadrobić ową zaległość.
Mamy do czynienia z tytułem w pełni wykorzystującym pierwotne dziedzictwo, nie utracimy żadnej łamigłówki czy lokacji, żadnego wątku. W konsekwencji solucje sprzed dziesięcioleci wciąż będą w przeważającej mierze aktualne. Przeważającej, lecz nie całkowitej, bo trochę nowości jednak jest. Autorzy postanowili mimo to nieco rozbudować pierwowzór, bardziej rozbudowując jednak lore niźli poszczególne mechaniki. W konsekwencji gracz skupiony na historii, odnajdywaniu poszczególnych sekretów etc. poświęci na dany tytuł jednak znacząco więcej czasu.
Gra jest reprezentantem obecnie nieco już zapomnianych – głównie ze względów technologicznych – pierwszoosobowych przygodówek, w których przemieszczamy się pomiędzy tzw. węzłami, czyli tak naprawdę nie mamy do czynienia z „otwartym” światem, lecz zbiorem odrębnych i statycznych lokacji, oczywiście stwarzających wrażenie fragmentów większej całości, acz pozorne.
Produkcja jest wyposażona w wygodny system podświetlania punktów aktywnych, co wyzwala użytkownika od frustracji związanej z przeczesywaniem piksela za pikselem. Oczywiście jeśli nie uważa on tego za zbyt daleko posunięte uproszczenie, przedmiotowa opcja jest jednak kompletnie fakultatywna.
Fabuła nie jest specjalnie porywająca ani zaskakująca, światy kreowane przez Benoît Sokala zawsze cechowały się pewną fantastycznością, przymknięciem oka na twarde realia. Raczej mamy więc do czynienia z pocztówkową egzotyką z marzeń niźli jej rzeczywistymi przejawami, co przejawia się zwłaszcza przy konstrukcjach maszyn, patrząc na które niejeden inżynier złapałby się za głowę. Ale tu należy przymknąć oko albo sięgnąć po inną produkcję.
Niewątpliwie największym atutem gry jest jej oprawa, bardziej przejawiająca się w fantazyjności, niźli fotorealiźmie. Benoît Sokal cechował się jednak niezwykłą wyobraźnią, jak też umiłowaniem do detalu, w konsekwencji czego gracz nie odczuwa żadnego pragnienia wobec szybkiego posuwania rozgrywki naprzód.
Amerzone - The Explorer’s Legacy to wciąż staroszkolna przygodówka z rodzaju tych, których się już współcześnie nie tworzy. Warto więc sięgnąć po remastera, bo zachowując grywalność oryginału oprawą umiejętnie oraz uproszczeniami interfejsu dostosowuje się do oczekiwań współczesnego gracza.
Metryczka
| Grafika |
85% |
| Muzyka |
80% |
| Grywalność |
70% |
|
|
Ocena końcowa |
75% |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 10 |
20 |
30 |
40 |
50 |
60 |
70 |
80 |
90 |
100 |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 10 |
20 |
30 |
40 |
50 |
60 |
70 |
80 |
90 |
100 |
|
+ / -
Wymagania systemowe
|
Procesor Intel Core i7/AMD Ryzen 5 4500, 16 GB RAM, karta graficzna 6 GB GeForce RTX 2060/12 GB Radeon RX 6700 XT, 25 GB HDD, Windows 10/11 64-bit
|
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|