Pod koniec lat 80. XX w. w Belgradzie umiera pewna Marta Cohen i wszystko pozostałoby sensacyjną historią wzbudzającą chwilowe zainteresowanie (opisaną na pierwszych stronach bulwarowych gazet), gdyby śmietanka ówczesnej partii i kierownictwa państwa nie pojawiła się na jej pogrzebie.
Kim jest naprawdę tajemnicza dama? Kim jest mnich Nikodem, oskarżony o podpalenie mieszkania Marty? Czy dziennikarz gazety „Borba” Pavlović może z tego wszystkiego zrobić prasowy artykuł, który jednocześnie nie będzie historią jego życia – skrótem do szpitala psychicznego.
Jugosławia wydaje się obecnie krajem z zupełnie innej bajki, zagubionym gdzieś w odmętach czasu i przestrzeni, równie realnym co Cesarstwo Austrowęgierskie czy Imperium Osmanów. W odróżnieniu jednak od tych ostatnich istniała ona za pamięci całego mnóstwa – a może i większości – ludzi współcześnie żyjących. W zupełnie niebanalną podróż po niej zabiera nas
Svetislav Basara.
Trafiamy do Kraju Wszystkich Słowian (południowych), gdy ów organizm polityczny właściwie już chyli się ku upadkowi, ten jednakże jeszcze ani nie nastąpił, ani też właściwie nikt – jak miało to miejsce również w przypadku gorbaczowskiego Związku Radzieckiego – się tego nie spodziewa. Ideologia marksistowska stanowi już właściwie ornament, w który przynajmniej próbują wierzyć najstarsi aparatczycy. Gdzieś tam zaczynają się pojawiać również uczucia narodowe, daleko im jednak do tygla nacjonalizmów znanego z lat 90. minionego wieku.
Wątek przewodni jest dość groteskowy, by nie rzec, iż karkołomny. Czytelnika czeka bowiem nie lada zagłębienie się w arkana ezoteryki i okultyzmu. Autor wskazuje, z jaką łatwością pustynia urzędowego materializmu jest skłonna porosnąć najegzotyczniejszymi duchowymi odroślami, wręcz głosząc, że natura nie znosi próżni.
W pewnym momencie czytelnik jednak zaczyna się zastanawiać, czy aby nie pada ofiarą literackiego żartu. Nietrudno bowiem w pewnym momencie zadać sobie pytanie ku czemu to właściwie zmierza. Początkowy ubaw właściwy dla tego towarzyszącego prozie
Salmana Rushdiego przeobraża się w pewne przytłoczenie właściwe dla obcowania z twórczością
Umberto Eco.
„Dziennik Marty Koen” to pozycja bardzo niejednoznaczna, wyzwalająca iście ambiwalentne doznania. Z jednej strony bawi, jak też fascynuje niezwykłością, pozostając zarazem całkiem inteligentnie osadzoną wśród szeregu faktów, z drugiej jednak kłopocze pewnym nihilizmem, by nie rzec, że miałkością.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|