Ekranizacje Petera Jacksona dwóch z trzech „świętych ksiąg” Tolkiena okazały się wielkim kasowym sukcesem, a zarazem spotkały się z miłością fanów i więcej niż uznaniem krytyków. Można więc wyrazić pewne zdziwienie faktem, że dysponenci licencji nie poszli za ciosem, próbując przekształcić uniwersum Śródziemia w źródło równie „płodne”, co te właściwe dla superbohaterów Marvela. Może jednak to właśnie brak pośpiechu w monetyzacji marki stanowi o sukcesie podejmowanych w tym kierunku kroków. Za więcej niż udane należy bowiem uznać pierwsze dwa sezony „Pierścieni władzy”, w związku z czym pełen nadziei wyglądałem „Wojny Rohirrimów”. Czy zostały one spełnione?
Miłośnicy tolkienowskiego uniwersum doskonale pamiętają, że nie jest to pierwsze podejście animatorów do ich ukochanego Śródziemia, co może też stanowić pewne źródło obaw, albowiem owa pierwsza ekranizacja spotkała się z mieszanymi opiniami. Inaczej jednak niźli to miało miejsce poprzednio, obecnie mamy do czynienia z tworem nieporównywalnie bardziej zaawansowanym technologicznie, za którym stoi znacznie, znacznie większy budżet.
Fanów obsypanej Oscarami (i morzem dolarów) wizji nowozelandzkiego reżysera z pewnością ucieszy fakt, że
Jackson - i jego współpracownice w osobach
Fran Walsh i
Philippy Boyens byli mocno zaangażowani w produkcję
„Wojny Rohirrimów”, co daje się odczuć, z reguły na dobre, choć czasami też i złe. Uniknięto również licencyjnego galimatiasu, w związku z czym przykładowo choć za ścieżkę muzyczną (nową) odpowiada
Stephen Gallagher, to nie będzie ona wolna od nawiązań do motywów autorstwa
Howarda Shore’a.
„Wojna Rohirrimów” to jednak zasadniczo scenariusz oryginalny, bardzo luźno nawiązujący do motywów znanych z twórczości
J.R.R. Tolkiena, a właściwie wykorzystujący tylko jej motywy wiodące i bestiariusz. Każdy z tych składników doczekał się jednak reinterpretacji, które miejscami mogą drażnić miłośników oryginalnej prozy, lecz właściwie żadnego z nich nie sposób uznać za przejaw „świętokradztwa”.
Sama historia nie jest specjalnie oryginalna czy wymyślna, a co gorsza właściwie ani przez moment nie zaskakuje. Twórcom wypada chociażby jednak oddać, iż mimo wszystko rozwija się ona w nieco odmiennym kierunku, niźli by to sugerowały wcześniejsze zwiastuny, acz tylko „nieco”. Co gorsza, można odnieść wrażenie, że początkowe wprowadzenie informujące o braku pieśni o Hérze sugeruje pewną bardziej mroczną bądź skomplikowaną jej historię, niźli ostatecznie widz otrzymuje.
Pod względem wizualnym całość jest utrzymana w umiarkowanie konserwatywnej formie. Z jednej strony z pewnością nie jest tak nasycona CGI jak większość współczesnych animacji, z drugiej zaś kreska jest zdecydowanie bardziej zaawansowana od tej właściwej dla kanonicznych dzieł
Disney’a. I dobrze, pozwala to bowiem oddać sceny, które w przypadku rzeczywistego aktorstwa wymagałyby przegrzania komputerów, bez uszczerbku dla poczucia ich realizmu.
„Wojnie Rohirrimów” łatwo postawić szereg zarzutów, zwłaszcza na tle wątpliwej głębi treści, lecz podczas seansu po raz pierwszy od lat poczułem magię właściwą dla okołoświątecznego obcowania z jacksonowskimi blockbusterami. To wciąż nie jest
„Silmarillion”, lecz pokazuje czym ten mógłby się stać. I choć całość odwołuje się do nostalgii i na takowej jest zbudowana, to wciąż stanowi suwerenną całość.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|