Remake’i wydają się jednym z ukochanych gatunków księgowych i członków zarządów korporacji operujących w showbiznesie. Bardziej naturalnym posunięciem wydaje się jednak sięgnięcie po dawne pomysły w celu nadania im jednak zupełnie nowej treści. Niewątpliwie do tej kategorii zaliczyć należało nową „Akademię Pana Kleksa”, która już końcowym plot twistem i napisami informowała o swym sequelu. Rok minął i oto jest – tylko czy warto było czekać?
Urok pierwszego filmu niewątpliwie krył się w tym, że stanowił on totalną reinterpretację pierwowzorów – literackiego i filmowego – obfitując co prawda w różnorakie „puszczenia oka”, lecz w istocie bardziej orientując się na widzów niezaznajomionych z przeszłymi utworami.
„Kleks i wynalazek Filipa Golarza” jednak ów pomysł zarzuca – jest to sequel pełną gębą (no, może z wyjątkiem tytułu), wymagający bieżącej znajomości obrazu sprzed roku.
Paradoksalnie widz nie jest raczony jakąś zawrotną liczbą nowych postaci, niemal cały czas obraca się już w znanym sobie kręgu. Nowi bohaterowie zaś są wprowadzani niejako na modłę brazylijskich telenowej, to jest z pełną charakterystyką, tak by aby widz ani przez moment nie uległ zagubieniu. Dla jednych może to być toporne, dla innych wygodne.
Podobnie należy również ocenić grę aktorską – wyraźnie jedni z nich bawią się swoimi rolami (a niewątpliwie do tego grona należy zaliczyć
Tomasza Kota), podczas gdy inni nie potrafili wznieść się ku pozytywnego zaskoczeniu audytorium (oszczędźmy wytykania palcem). Można jednak rzec, że pomimo dobrych intencji i widocznego wysiłku występuje tu pewien brak balansu.
Film niewątpliwie ujmuje swoją oprawą, to już niewątpliwie wizualna klasa światowa, a i muzyka nieraz wręcz pieści uszy. Zauważalnie zmniejszona jednak została liczba piosenek,
„Kleks i wynalazek Filipa Golarza” jest znacznie mniej „musicalowy” od poprzednika. Ale i w tej beczce miodu jest nielada łycha dziegciu, i to dość typowa dla polskiej kinematografii – kontestowalna jakość utrwalenia mowy.
Na tle owej audiowizualnej uczty tym bledziej wypada jednak fabuła. W całym filmie naprawdę trudno dopatrzyć się jakiegokolwiek morału, czegoś, co można by było nazwać przesłaniem, czy po prostu sensem. No bo „mniej zapatrzenia w komórki, młody człowieku”, to trochę za mało jak na dwugodzinny obraz…
„Kleks i wynalazek Filipa Golarza” jako całość niewątpliwie jest rozczarowaniem. Niestety zachwycająca forma ewidentnie jest wyzbyta treści, a całość potwierdza tezę, iż przy przeciętnym scenariuszu nie jest możliwe stworzenie ponadprzeciętnego filmu.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|